PUSTYNIA | FATAMORGANA | meet my new friend!

Wóz na pustynię miałyśmy podstawiony o 11:30, żeby nie zabrakło nam przygód - moja mama myślała, że przyjeżdża po nas taxi, jak się okazało później, miał to być specjalny bus, więc po przejechaniu kilometra musiałam tłumaczyć idiocie, który nas wziął, i który Safari potwierdził, żeby odwiózł nas pod Hotel. Świetnie się zaczyna, co?

Chwila spóźnienia - cała ja.


Na samym początku jeździłyśmy wiele km na quadach, później w autach typu spider... Niesamowite przeżycie jechać samodzielnie przez pustynie! Na moje szczęście w autku jechaliśmy z małżeństwem muzłumańskim, a oni nie chcieli kierować, więc ja jechałam trzy kolejki!







Później czekała nas półtora godzinna jazda wgłąb pustyni. Przy muzyce prosto z ich świata, tańczyliśmy, machaliśmy rękami i bawiliśmy się świetnie. Widziałam fatamorgane, która była naprawdę realistyczna! Pomiędzy lądem, a górami powstała poświata wody, niesamowite co gorąc i złudzenie może zrobić za cuda!









Aż w końcu po tak długiej podróży - trafiliśmy do wioski beduińskiej, bez zasięgu, bez prądu, z małą ilością wody i z doświadczonym guidem, który oprowadzał nas po ich terytorium. Policja tez się znalazła, więc było bezpiecznie. 




Zapaliliśmy fajke wodną, dostaliśmy prowiant i herbatkę zrobioną ich recepturą. Smaki niesamowite ( przepraszam, że w tym poście będzie dominował epitet"niesamowicie", ale wszystko jest tam NIESAMOWITE  i takie inne od naszych upodobań )




Chwila odpoczynku i jazda na wielbłądach! Co prawda trwała tylko chwilę, ale wrażenia jakie dostarczają są na całe życie. Ja swojego nazwałam ASHA, bo była taka krejzi, że na pewno to była babka haha. Gdy tylko chciałam na nią wejść to już próbowała wstać, więc beduin mi ją podtrzymał. Tylko zapomniał powiedzieć, że od razu jak ją puści to wstanie i byłam nieprzygotowana. Wyrwałam do przodu jak z procy, później do tyłu i stałyśmy w końcu na rozgrzanym jak ogień piasku. Udało się!




Selfie musiało być! Ale beduin miał nie małą zagwostkę jak w ogóle użyć telefonu, więc było trochę śmiechu.





Na górnym zdjęciu możecie zauważyć, że dziewczyna robi chleb. Składniki od wielbłądów, resztki dla wielbłądów, więc nic się nie marnuje. Miałam okazję takiego chlebka spróbować i muszę przyznać jak na takie warunki to smakuje jak nasz prosto z pieca. 



BABY WIELBŁĄD.








Później wróciliśmy do punktu, gdzie dostaliśmy dobry obiad, były występy np. taniec brzucha oraz derwisz, tak nawiasem Ci faceci robią to NIEZIEMSKO! Nie mam zdjęć, bo zapomniałyśmy aparatu cyfrowego, lustrzanki dobrze, że nie wzięłam, a telefon mi po prostu padł! Zobaczcie sobie na youtube, bo słowami tego opisać nie mogę.
Wraz z zachodem słońca skończyliśmy wycieczkę i zostaliśmy odstawieni do hotelu całe i zdrowe.

I tym pozytywnym selfie kończę ten post. Jest wiele sytuacji, które chcę zatrzymać tylko dla siebie, więc może zdjęcia trochę nadrobią tekstem. Ten wyjazd naprawdę był wyjątkowy. I tęsknię jak głupia.
Naprawdę oszalałam.
- Sandra

1 komentarz:

  1. bardzo fajnie się czytało, aż czułam jakbym sama tam była :D Z miłą chęcią wybrałabym się na taką wycieczkę po pustyni :D/Karolina


    Dwie Perspektywy Blog [Klik]

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Sandi in the USA , Blogger